Tweety na temat @pzworgpl

Logowanie

0

Aktualności

Wędkarski weekend naszych kolegów nad Odrą

Aktualności | 2014-09-27 | Publikujący: Koło NOTEĆ Drawski Młyn

We wrześniowy weekend zaplanowaliśmy 3-dniową wyprawę wędkarską nad Odrę...

Wyjechaliśmy w 5-osobowym składzie w piątek po południu - Wojtek, Waldek, Adrian, Krzysztof i... Krzysztof. Passat kombi wypakowany po sufit, do tego bagażnik dachowy i wędki w specjalnej tubie na dachu - zbyt komfortowo nie było (zwłaszcza na tylnym siedzeniu), ale daliśmy radę, w końcu prawdziwi wędkarze to faceci nie potrzebujący luksusów.
Na miejscu byliśmy około 19.00 - dużo czasu na łowienie nie pozostało, zwłaszcza że priorytetem po przyjeździe było rozbicie obozu. Wieczorem, aż do zmierzchu warto zapolować na płytszej wodzie na sandacza, który lubi wyjść za chowającą się w pobliżu brzegu w spokojnej wodzie drobnicą. Przy takim łowieniu najskuteczniejszą przynętą wydaje się być wobler. Niestety piątkowe krótkie łowienie nie przyniosło efektu. Przyszedł czas na posiedzenie przy ognisku i obmyślenie strategii na jutro.
Sobotni poranek przywitał nas całkowicie zachmurzonym niebem, lecz bez opadów. Jako pierwsi do łowienia wystartowali Krzysztof i Adek, którzy poszli na dość mocno zalane główki łowiąc na ciężko za sandaczem. Reszta ekipy postanowiła jeszcze trochę poczekać z rozpoczęciem wędkowania jedząc "obfite" śniadanie. Wreszcie wszyscy zajęli się wędkowaniem szukając na przemian sandaczy na gumy, oraz grubych, jesiennych "klatkowych" boleni. Co prawda ryby brały nie najgorzej, jednak były to wyłącznie "niewymiarki". Wojtek złowił jedynie wymiarowego szczupaka.
Około południa zrobiliśmy sobie krótką przerwę na obiad, podczas której spotkaliśmy wędkarzy z Gorzowa. Wśród nich był Marian Kasprzycki znany w Gorzowie "strugacz" wysokiej klasy woblerów oklejanych skórą ryb. Koledzy z Gorzowa polowali przede wszystkim na bolenie; złowili po kilka sztuk jednak większość z nich to krótkie egzemplarze. Po miłej, krótkiej pogawędce wróciliśmy na popołudniową "turę" wędkowania - sytuacja jednak się nie zmieniła, ryby się trafiały jednak same niewymiarowe. Późnym popołudniem koledzy ze Szczecina, którzy trollingowali na tym samym odcinku Odry zacięli dużego suma. Po kilkudziesięciominutowym holu dopłynęli do brzegu i wyciągnęli rybę. Sum mierzył 217cm i ocenialiśmy go na jakieś 50-60kg masy. Po krótkiej sesji zdjęciowej, sum w zadziwiająco dobrej kondycji wrócił do swojego domu - Odry. Wieczorem już w prawie całkowitych ciemnościach złowiłem jeszcze wymiarowego szczupaka.
Niedzielny poranek przywitał nas deszczem i burzą. Niektórzy z nas już skoro świt poszli łowić nie zważając na padający deszcz. Reszta poczekała aż przestanie padać. Powtarzała się sytuacja z soboty - jeśli ryby brały - to małe. Około 10.30 przyszedł do mnie na główkę Wojtek, który wcześniej łowił główkę wyżej. Ja łowiłem na jasnego 9cm Predatora Mannsa na 17g główce Mustada i właśnie miałem zmienić przynętę na cięższą kiedy nastąpiło pewne, mocne branie. Po kilku sekundach wiedzieliśmy już, że to konkretny sum. Szybkie 50-60 metrowe odjazdy w nurt rzeki i praktycznie brak możliwości zatrzymania go wskazywały, że ryba oscyluje w granicach 2 metrów długości i kilkudziesięciu kilogramów masy. W głowie szybka analiza możliwości i wytrzymałości sprzętu, wskazała jako najsłabszy punkt kołowrotek i ewentualnie przypon wolframowy (na „big game” to raczej nie byłem przygotowany). Pozostałe elementy zestawu takie jak wędzisko Team Daiwa Interline 15-50g, nowa plecionka Dragon HM8X i główka na dobrym kutym haczyku Mustada to raczej pewniaki. Kołowrotek mało eksploatowany, kilkuletni Robinson choć na owe czasy był to jeden z flagowych modeli tej firmy nie dawał sobie rady. Choć wyregulowany hamulec sprawował się bez zarzutu płynnie oddając plecionkę rybie, to już skręcanie jej z powrotem na szpulę sprawiało trudności. Plastikowy korpus powodował, że stopka przy takim obciążeniu gięła się jakby była z gumy - miałem duże obawy, że pęknie. Obawy co do przyponu i agrafki nie potwierdziły się; staram się kupować raczej tylko pewne, wytrzymałe akcesoria.
Sam hol polegał na szybkich, kilkudziesięciometrowych odjazdach ryby w nurt rzeki kiedy nic nie dawało się zrobić poza obserwowaniem ubywającej ze szpuli plecionki i po chwili monotonnym, męczącym pompowaniem ryby z powrotem i odzyskiwaniem utraconych metrów linki. Wtedy z kolei ryba chowała się głęboko w dole za główką aby odpocząć i po chwili powtórzyć odjazd w nurt. Tak działo się kilka, a może kilkanaście razy; po jakimś czasie odjazdy stawały się krótsze, a odzyskiwanie dzielącego nas dystansu jakby łatwiejsze. Była szansa, że zmęczona ryba da się doprowadzić na spokojniejszą wodę i wyholować. Były to jednak złudne nadzieje, bo sum miał ciągle tyle mocy, że nie dawał się podprowadzić pod powierzchnię i pokazać. Do tego dochodził coraz bardziej odczuwalny ból, zmęczonych statycznym wysiłkiem, mięśni - od palców ręki po plecy.
Po wielu próbach udało się wreszcie wprowadzić rybę na spokojną wodę w klatkę między główkami i nawet podciągnąć do brzegu na jakieś 6-8 metrów. Ciągle jednak nie szło jej podnieść do powierzchni. Wreszcie ryba jakby osłabła i dała się podpompować wyżej. Na wynurzającej się z wody plecionce zauważyliśmy grubo oklejony szlam i to na ponad metrowym odcinku. W ślad za wychodzącą z wody plecionką przewinęła się pod samą powierzchnią wody ryba... Reakcja wszystkich nas była jednakowa: "O ku...", kiedy w odległości ok. 2 metrów od wychodzącej z pyska ryby plecionki pokazał się jej ogon. Niestety już po chwili ryba ponownie zanurkowała w swój dół za główką i w żaden sposób nie dało się jej zatrzymać. Dokonywała ponownie jeszcze kilku odjazdów, aż wreszcie głęboko schowała się w kamieniach u nasady główki. Niestety nie udało się jej już stamtąd wyciągnąć, poczułem twardy zaczep przez chwile tylko czując jeszcze na kiju jakby obijający się o linkę ogon. Po kilku próbach uwolnienia wyciągnąłem już tylko przetarty o kamienie przypon...
Całość trwała 2 godziny i 45 minut. Sam zaskoczony byłem potem swoim spokojem i opanowaniem; nie odebrałem straty "ryby życia" jako porażki. Wiedziałem (i widziałem), że po drugiej stronie wędki był godny i poważny przeciwnik; byłem usatysfakcjonowany, że nawiązałem z nim równorzędną, trwającą blisko 3 godziny walkę; a nieustający jeszcze przez kilka dni potworny ból mięśni będzie przypominał mi przeżytą przygodę. Może gdyby mój przeciwnik SUM wiedział, że i tak zwróciłbym mu wolność to łatwiej by się poddał?
Po tej przygodzie ja nie miałem już ochoty, ani możliwości łowić - nie czułem ręki. Czas się pakować do domu. Wrócimy tu jeszcze.
Krzysztof (suzi)

 

Więcej zdjęć z wyprawy na Facebook'u:

Poleć znajomemu

Zdjęcia

Dodaj komentarz

Informacja
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.

Nasze Menu

Nasze filmy

Nasze wiadomości

Ostatnio komentowane wiadomości

Nasi członkowie

Nasze zdjęcia

Nasza sonda

Co sądzicie o pomyśle, aby Okręg Nadnotecki PZW wystartował w przetargu na dzierżawę obwodów rybackich rzek Parsęty i Wieprzy?
Zdecydowanie popieram.
Popieram.
Nie mam zdania.
Raczej nie.
Zdecydowanie nie.
Głosuj wyniki

Ilość odwiedzin